• Wpisów:90
  • Średnio co: 34 dni
  • Ostatni wpis:122 dni temu
  • Licznik odwiedzin:28 688 / 3174 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Czasami mówią tak ludzie, którzy zostali skrzywdzeni i nie ufają w to, że jeszcze będą gotowi komuś zaufać. Czasami ci, którzy w bilansie miłosnych zysków i strat zaliczyli deficyt miłości.
A ja tak pomyślałam dziś, kiedy zdałam sobie sprawę, że tak będzie lepiej. Nie tylko dla mnie, ale i tej drugiej strony. Bo mam paskudny charakter i nigdy nie potrafię przekazać tego co czuję i wypowiedzieć tego, co myślę. Zawsze wychodzi mi z tego takie zawiłe coś, co każe drugiej osobie myśleć o mnie jako o emocjonalnym niedorozwoju, albo księżniczce, co to by chciała, żeby książę przybył na białym koniu i żyliby długo i tylko szczęśliwie. No właśnie… ale czy tak jest naprawdę?
Nie oczekuję noszenia na rękach, chociaż wiadomo, milo byłoby poczuć się tak, jak to się miało 19 lat.
U mnie głównym problemem jest nieumiejętność radzenia sobie z problemami na odległość. Jeszcze nic dobrego mi nigdy nie przyszło z dyskusji zapośredniczonych. Zamykam się wtedy w sobie i tylko milczę, chociaż czasami chciałabym wykrzyczeć jak mi kogoś brakuje.
Ze mną to trzeba stanowczo i konkretnie, typu: "chodź, usiądź, opowiedz mi co ci leży na wątrobie, ja wysłucham, postaram się zrozumieć". Najlepiej zrobić to na tyle sprawnie, żeby żal tłoczony w sobie nie przekształcił się w lawinę, która wybuchnie.
Ale nie. Nie masz Joanno już przecież 19 lat, a nikt nie ma tyle cierpliwości, żeby chciało mu się też tyle mieć. Czas idzie do przodu.
Już nie jesteś 19-latką, którą chłopak nosił na rękach z taką czułością, że można by góry przenosić i miał w sobie tyle spokoju, by to wszystko dwa lata wytrzymać.
Już nie jesteś 21-latką, która się zakochała niemal od pierwszego wejrzenia, chodziła na imprezy, poznawała nowe rzeczy, a później snuła wizje, których sama się bała.
Ba, nie masz już nawet 25-lat, kiedy poznałaś kogoś, kto pokazał Ci, że jak się mocno chce to nawet da się Ciebie czymś zaskoczyć. Kogoś tak spokojnego, że do rany przyłóż, więc za każdym razem przepadałaś w jego ramionach, gdy było Ci smutno i źle i miałaś wrażenie, że świat się pomylił, bo przecież nie można aż tak odpowiadać twoim potrzebom, więc się przypierdzielisz jak rzep do tego, że jesteście z dwóch różnych kręgów kulturowych i te różnice na pewno z czasem miałyby swoje potwierdzenie w książkach, które tak lubią czytać polskie gospodynie domowe w wolnym czasie. Bo miłość zakazana, a on na pewno i tak z czasem będzie ją rzucał po kątach i porwie jej dzieci. Co z tego, że studiowałaś, że wiesz co to stereotyp, że nie wszystko wytłumaczą Ci na forach internetowych. Zniszczyłaś wszystko w zarodku, tuż po pierwszych deklaracjach, bo cię sparaliżowało na myśl o tym, że się nie będzie z kim połamać w Wigilię opłatkiem.
Niby czujesz, że być może dobrze się stało, ale to boli. Jak każde zakończenie w momencie, gdy nie widać jeszcze żadnego nowego początku na horyzoncie.
Dlatego lepiej się nie zakocham. Nie potrafię wypatrywać czegoś, co i tak prędzej czy później zniszczę, choć powtarzam tylko utarte myślenia swojej matki. I kiedy widzę, jak bardzo się z nią nie da wytrzymać więcej niż jednego dnia, zaczynam rozumieć jak to jest ze mną - jest tak samo, więc po co komuś dokładać.
I tak nikt nie zniszczy mnie bardziej niż ja sama.
Ja się miłości po prostu boję z perspektywy osoby, której dobroć mylona już była z głupotą, a błędy i tak zawsze zostały wytknięte.
  • awatar wherehaveyoubeen: Akurat, żeby się w kimś zakochać musi zdarzyć się coś więcej niż wspominana przez Ciebie gościu "chcica". Nie każdemu miłość przechodzi przez łóżko, u mnie akurat tak to nie działa. Jeśli nie widzisz różnicy między jednym a drugim to już nie mój problem. Każdy ma prawo do własnych poglądów, gdybyś Ty wyjawił swoje to nie wyśmiewałabym ich, nawet gdyby były niezgodne z moimi. Ale do tolerancji też niektórzy muszą dojrzeć ;) Widocznie słabo się wczytałeś gościu w sens. pozdrawiam
  • awatar Gość: Tak, ty będziesz decydować czy się zakochasz czy nie XD sieknie cię do tego chcica i po twoich deklaracjach. Śmiesznaś.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Myślałam, że ten termin dotyczy tylko spraw przyziemnych, jak rozbieżna opinia o czymś, czy pierwsze poznanie.
Ale prawdziwie mocny dysonans poczułam dzisiaj, kiedy mówiłam, że rozstanie jest jedynym słusznym wyjściem, a tak naprawdę w głębi ducha zrozumiałam, że ta chwila uświadamia mi, że jestem zakochana, zależy mi bardziej niż się spodziewałam i nie umiem tego wypowiedzieć na głos, bo się boję. Bo to nie miejsce, a tym bardziej nie czas na wyznania tego typu. Bo wiem, że tak będzie lepiej, chociaż poczuję to może w miarę upływu czasu. Dlatego wolałam wylewać łzy wpatrzona w okno autobusu i wylewam je do teraz, ubolewając nad tym, że moim głównym problemem jest zwykle niedoczas na realizację tego, co ważne albo nadmierny zapał po fakcie, kiedy już nic się nie da zmienić.

Podobno "mowa jest srebrem, a milczenie złotem".
W takim razie to jedyne złoto, które potrafię osiągnąć.
 

 

- Już raz mi zepsuli imię, więc mogę być "Alice" na jakiś czas. Alice in wonderland.
 

 
Nie mówię już tyle co kiedyś. Zamykam się, a chwilami wszystko we mnie tylko płacze szeptem, którego nie słychać. Bo choć wiem, że moim życiu nie ma osoby, do której mogłabym uciekać i wtulić się, żeby poczuć się bezpieczniej kiedy wszystko wokół się sypie, to bardzo chciałabym wierzyć w to, że jednak gdzieś kiedyś będzie…

"Choć uciekałam
Zawsze wracałam
Z przypływem morza łez
Tak trudno kochać
Lecz... Lecz trudniej jest
Nie kochać wcale cię"
 

 


Zapomnij o mnie kłamiąc, ze się serca nie połamią
Że to tylko jeden wielki mit

Zapomnij o mnie jutro zanim tą dziurawą
Łódką na ocean wspomnień wpłynę znów


Nic nie było tu przed tobą
I po tobie też nie będzie nic
 

 
Kiedy patrzysz na uśmiechniętą twarz człowieka, którego kiedyś kochałeś, ale teraz łączą was tylko wspomnienia chwil i nic więcej, to z biegiem czasu… godzisz się z tym, bo to tak naturalne. Drogi się rozchodzą, coś się kończy, coś nowego zaczyna. Nowy rozdział, nowa miłość, która nie jest już pierwszą i nie pozwoli na przeżycie wszystkiego pierwszy raz w życiu, ale dzięki niej może być inaczej. Spokojniej, stabilniej, a przede wszystkim dojrzalej. Już nie tak wybuchowo jak kiedyś, już nie przy supernowej, nie przy blasku księżyca jak w hollywoodzkich produkcjach, ale tak zwyczajnie. Życiowo. Przeszłe, wręcz filmowe chwile uniesień są jak seans miłych wspomnień. I jak kinowy seans- mają to do siebie, że kiedyś się kończą. Trzeba wstać z siedzenia, może przez chwilę jeszcze analizować historię z którą się można było zapoznać i później wziąć płaszcz i wyjść przed siebie.

Ale kiedy widzisz uśmiechniętą twarz swojej dawnej miłości, obok drugiej uśmiechniętej twarzy- tyle, że już nie Twojej, to już coś więcej. Nawet jeśli to tylko fotografia. To znak, że nie jesteś niezastąpiony. Że nie można cię kochać wiecznie. Nie można się łudzić. I że nie jesteś jedyny na świecie. Z jednej strony- to smutne bo przecież nie jesteś przeciętniakiem, który się miesza w tłumie jak drobne w portfelu, ale z drugiej- to przecież całkowicie normalne, bo nie jesteś też unikatowym egzemplarzem z porcelany. Nikt cię nie będzie trzymał wiecznie za szkłem, czekając biernie, aż się kompletnie zakurzysz, by cię nie rozbić.
Trochę poboli i przestanie.
Jak przemęczony kręgosłup, gardło po długim biegu na wietrze, albo palec draśnięty nożem.
I jak miłość, która była silna, porywcza, taka, co się nią można było zachłysnąć, aż brakowało powietrza. Zupełnie jak w noc, kiedy budzisz się, nie mogąc oddychać, bo osoba obok trzyma cię mocno, bojąc się, że niepostrzeżenie możesz zniknąć.
Kiedy niesie cię na rękach, żeby obtarta butem noga nie bolała tak bardzo, albo w trakcie spaceru niespodziewanie unosi w górę i wtedy po prostu czujesz się kochana jak nigdy dotąd...
Kiedy idziecie razem nad ranem na pociąg, przez letnie, deszczowe Planty.
Kiedy zna cię na tyle, by wiedzieć, że gdy zamykasz się w sobie masz problem, a gdy przygryzasz policzek to nad czymś myślisz.
Takie momenty chciałoby się pamiętać wiecznie. To właśnie te ulubione sceny z filmu, do którego sam poniekąd napisałeś scenariusz i grałeś w nim jedną z głównych ról.
 

 
Minęło ponad 21 miesięcy. Często niełatwych chwil, skomplikowanych procesów myślowych, naprawiania egoistycznych zapędów... ale nadal jesteśmy razem.
Czuję, że jeszcze o żadną relację damsko-męską tak wcześniej nie dbałam. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę tak wyrozumiała i cierpliwa wobec tym razem już nie swoich dziwactw. A jednak. Nadal się kochamy, wspieramy.

Dostaję bukiet róż i wkładam go do wazonu. Robimy sobie na złość jak małe dzieci. On szczypie mnie w plecy niczym 5-letni chłopiec, który natychmiast chce kredkę kolegi, ja zrzucam go z łóżka jak 5-letnia dziewczynka, która nie kontroluje swoich ruchów. Może zabrzmi to dziwnie, ale to piękne. Mamy po 20-parę lat, kończymy studia, a gdzieś w nas tkwi jeszcze dziecięca wyobraźnia, którą możemy ze sobą dzielić.
Otwieramy butelkę wina, przytulam się do niego i oglądamy horror. To jedyna okoliczność, gdy widać coś strasznego.
Poza tym... gratulacje dla mnie. Ludzie naprawdę potrafią się zmienić na lepsze. Trzeba tylko w nich uwierzyć, a ja znalazłam człowieka który 2 lata temu to zrobił.
 

 
Taki beztroski weekend. Trzeba tyle zrobić, a nie robi się nic. Bo świat się nie zawali. Jeszcze nie. Jeszcze nie umrę z głodu, bo nie zarobiłam na chleb, jeszcze może być inaczej…
Wchodzę do wanny z książką i wtedy gdy nikt nie patrzy, okazuje się, że wcale nie jestem taka silna na jaką wyglądam bo zaczynam płakać i godzinami nie mogę przestać. Choć próbuję. Nie wychodzi.
Opłakuję co się da, bo wcześniej uważałam, że płacz nic nie pomoże i miałam rację. No ale zapłakać kiedyś potrzeba, żeby wyjść wewnętrznie na spokojne zero.
Płaczę przez to, że nikt dawno nie prowadził mnie za rękę i czułam się z tym jakbym miała trąd. Płaczę za to, że czasami sił brak, bo trzeba było krzyknąć, choć już tego nie lubię, ale moje prośby znaczyły dla kogoś mniej niż zero. Za to, że za moją cierpliwość i wyrozumiałość ktoś się odpłacał obojętnością i egoizmem. Za to, że nigdy nie myślał o mnie w swoich planach. Ale też za to, że okazał się być taki bezlitosny wobec mnie jak ja kiedyś wobec kogoś innego. Będąc z nim chwilami czułam się bardziej samotna, niż gdybym była sama.
Każda z danych komuś szans boli coraz bardziej. Tak jak bolą nadzieje, że kiedyś wszystko się zmieni i będzie cudownie. Że będę z kimś, a nie sama sobie. W gorączce, złym samopoczuciu, bólu zęba, ale i w wakacje, święta, weekendy i ferie.
Dochodzenie do siebie zazwyczaj trwa parę godzin lub dni. Mam wtedy ochotę od wszystkich uciec jak najdalej, choć w niczym mi to nie pomaga. Robię tak od dziecka i choć już jestem dorosła, to niewiele się zmienia.
Paskudnie jest mieć z pozoru wszystko, a tak naprawdę wszystko i nic.
Ale gdyby ktoś spytał: „ jak się czujesz?” to i tak odpowiem: „w porządku, dziękuję”.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Dlaczego nie odpisałaś?-pyta.
Nie wiem co odpowiedzieć. Dzisiaj kompletnie nic nie wiem, dlatego wróciłam z egzaminu i zaszyłam się od razu pod kołdrą. W końcu mam urodziny, więc mogę. Wychyliłam spod niej głowę tylko po to, żeby odebrać te wszystkie telefony i żeby podziękować współlokatorce, która przyszła z drugiego pokoju z czekoladą.
To nie tak, że jestem aspołeczna (choć pewnie i tak w jakimś większym niż mniejszym stopniu jestem), to nie tak, że jestem egoistką. Ja po prostu nienawidzę obchodzić urodzin. Jakkolwiek to brzmi. Czuję się wtedy tak nienaturalnie i nieswojo, że nic tylko wykopać dół i przeczekać do północy. Z resztą taką manianę jak dziś potrafię odstawić tylko ja.
Wszystko zaczęło się już dawno. Może nawet jeszcze dawniej niż przypuszczam. Kiedy nadchodził ten dzień, a matka nawet nie była miła, nawet nie pamiętała. Żeby nie było, że taka wyrodna, to składała mi je przedterminowo, tak tydzień wcześniej w swoje imieniny na zasadzie: „Wszystkiego najlepszego z okazji imienin mamo.”- No Tobie z okazji urodzin też”. A później przychodził dzień urodzin i wszystko było tak jakby to był zwykły dzień w roku. Dokładnie rok temu spędziłam swoje urodziny u niej w szpitalu, żeby się nie czuła samotna, bo chemioterapia i radioterapia jednak potrafią człowieka wykończyć. Co chwilę odbierałam wiadomości z życzeniami i dopiero po tym zorientowała się, że coś chyba jest na rzeczy, ale powiedzieć coś miłego- nie powiedziała. Tak jak i dziś. Zadzwoniła spytać jak egzamin, nawciskała mi trochę życiowych mądrości tak w skrócie o tym, że jak nie będę wiedziała co chcę w życiu robić, to zginę marnie, że bluźnię przeciw Bogu uznając, że mam pecha, kiedy on zsyła mi takie dobra. Powinnam wtedy odpowiedzieć dziękczynnie: „dobra Bogu, wielkie dzięki” ale zatrzymałam tę ironię w sobie i wiedząc, że i tak nie dzwoni po to, żeby złożyć mi życzenia, bo one i tak nie padają, powiedziałam :”Daj już spokój”. I na tym cała rozmowa się skończyła.
W urodziny dwa lata temu nawet nie pamiętam co robiłam. Pić nie piłam, bo nie mogłam, a mimo to czarna dziura. Za to urodziny 3 i 4 lata temu pamiętam doskonale. Restauracja, bilety na pociąg w kopercie, rezerwacja hotelu, a jeszcze wcześniej widok M.pod blokiem stojącego z bukietem kwiatów przy wypisanych kredą na całą szerokość ulicy pod blokiem życzeniach. To było coś. A i tak czułam się nieswojo. Tylko milej było bardziej niż zazwyczaj. Ale hasta la Vista, byłam potworem.
Wracając do początku: dlaczego mu nie odpisałam? Dalej nie wiem. Przecież jest miły. I kochany. I dba o mnie jak mało kto. Może wolę go od siebie trzymać z daleka, żeby nie przeszła ze mnie na niego ta moja chwilowa zaduma nad marnym losem? Nie wiem. Dlatego siedzę i wpycham w siebie zawartość słoika nutelli z nadzieją, że osłodzi mi ten paskudny klimat. I że tak mnie zmuli, że aż uśpi, a dzień minie szybciej i będzie już jutro.
A on i tak przyjdzie.
 

 
Tym, czego najbardziej żałuję w swojej przeszłości jest fakt, że byłam naprawdę złym człowiekiem.
Jak to możliwe? – powiedziałby każdy, patrząc na niewinną twarz niewysokiej dziewczynki, która po przebudzeniu, przed włożeniem marynarki i zajęciem miejsca przy służbowym biurku- wyglądała jak niepozorna nastolatka.
Niestety. Pod postacią kogoś o chwilami anielskim wizerunku nie kryło się nic innego, tylko najprawdziwszy w świecie potwór.
Niszczył wszystko, co stawało na jego drodze, ale najbardziej niszczył wszystko to, co spotykało go, choć nawet na to nie zasłużył.
Wszelkie przejawy opiekuńczości typu: ”włóż czapkę, bo zmarzniesz”, „ubierz się ciepło”, „dbaj o siebie” odbierał pozytywnie, ale nie wiedzieć czemu- negatywnie na nie reagował.
Żeby sprawiedliwości stało się zadość, po latach role się odwracają.

Wewnętrzny potwór zniknął na dobre któregoś dnia, po to, by w najbliższej dotychczas osobie, oglądać co dnia odbicie starej siebie: rozpuszczonej, roszczeniowej, niespokojnej i nielogicznej.
Tylko dzięki temu tak naprawdę dostrzegł on wielkość swoich dawnych błędów, niedopatrzeń, zaniedbań i życiowych porażek. Teraz on sam jest tym stabilnym, w ramionach którego można się poczuć bezpiecznie. Teraz to nie on odtrąca. Nie on huśta czyjeś emocje na cienkiej linie wytrzymałości. Bo to on jest teraz chwilami na niej huśtany. Przyjemnie tak?
Widzisz już całą swoją podłość, czy dalej chcesz popatrzeć? -usłyszał kiedyś wewnętrzny głos, kiedy karty zostały odkryte. Już nie trzeba.
Nic tak skutecznie nie zerwało z oczu niewiedzy jak miłość różami nie usłana.

„Nie mogę być przecież Tobą z przeszłości.”-słyszę. Nie tylko możesz, ale jesteś, odpowiadam sobie w duchu.

Przyszła pora się z Tobą pożegnać potworze.
Ba, my już to dawno zrobiliśmy.
No to żegnaj. Przynajmniej po tej stronie.
  • awatar Gorzkie Żale: "My już to dawno zrobiliśmy" - faktycznie, bardzo nie jestem na czasie. Szkoda, że tego nie przeczytałam dwa lata temu. Byłabym o dwa lata do przodu.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Budzę się rano na dźwięk telefonu z pracy. Zbyt wcześnie, by mechanicznie wykonać rzeczy z planu i wyczerpana położyć się znów spać.
Wałęsam się pomiędzy mieszkaniem, a uczelnią, czując pierwszy raz od dawna czas wolny, który od miesięcy znałam tylko z definicji. Trudno się przestawić, nie musząc już wszędzie biec.
Nie mogąc sobie znaleźć nigdzie miejsca sprzątam, piekę i wpatruję się w żółty sufit, wyobrażając sobie, że to minie. Tak po prostu.
Jutro znów wstanę o 6, ubiorę się i wyjadę do pracy.
Przez jeden z ostatnich dni, wyłożę notatki na swoim służbowym biurku, włączając komputer i zrobię wszystko co możliwe, a nawet jeszcze więcej, byle nie myśleć. Później zrzucę marynarkę, eleganckie buty zamieniając na trapery i pobiegnę na uczelnię, trafiając do sali w ostatniej chwili.

Chciałabym, żeby za mną ktoś tak mocno tęsknił.
 

 
Nowy rok. Zasypiam w wielkim łóżku, mając za oknem górskie widoki.
Do pokoju wchodzi on. Mówi kilka zdań, po których mięknie mi serce jak gdybyśmy dopiero co się poznawali. Lubię te chwile i ich nieprzewidywalność.
Całuje na dobranoc. Jest mi wtedy bezpiecznie jak nigdy przedtem. Niczego się już nie boję.


Jest tylko jedno zdanie, które chciałabym teraz powiedzieć.
Chwilo trwaj wiecznie.
 

 
"I tak będę Cię kochał bez względu na to co powiesz"

I tak będę Cię kochała. Bez względu na to, co zrobisz zanim ja powiem.
 

 
Wracam z wieczoru ze znajomym, który przeprowadził się w moje stare okolice, gdzie rozpakowywałam wszystkie zebrane walizki i torby, zaczynając dorosłe życie.
Stoję tam i z sentymentu kręci mi się w oku łza.
W tym miejscu przywitałam nowe miasto i nowe życie. Dokładnie tam czekałam każdego poranka przez rok, żeby ruszyć przed siebie, łapiąc w żagle wiatr.
Tamtędy szłam zimą, podziwiając spadający śnieg. Tam siedziałam na przystanku, czytając regularnie wciśniętą do torby gazetę. Tam też przyjeżdżał on, któregoś dnia podając mi zapakowany z wigilii sernik na drogę przed świętami do domu. Wiele rzeczy, które pamiętam z tamtego okresu swojego życia związane są właśnie z tym konkretnym miejscem, w którym znów stoję.
Próbuję sobie przez moment wyobrazić, że cofam się w czasie i nadal tam mieszkam, czekając wieczorem na tramwaj w stronę centrum.
Ale tamtych lat już nie ma. Czy mi żal? Trudno stwierdzić.
Zwłaszcza teraz, gdy czuję, że może to jest właśnie mój najlepszy moment w życiu, którego się czasami tak wyczekuje z utęsknieniem…
Idealne mieszkanie, zdobyte wyższe wykształcenie, dwa kierunki studiów przede mną. Wspaniali przyjaciele i iskierka w oku, która zapala się na samą myśl, że moment wyczekiwania na drugą osobę zmienia się w jej obecność.
Może to pierwszy raz, kiedy myślę sobie, że chciałabym być z kimś już na dłużej, nawet o wiele dłużej niż sama sobie potrafię wyobrazić. Ta myśl nawet mnie nie przeraża. Piosenka o smutnym tytule”nie umiesz kochać” już chyba nie zagra w moim rytmie.
Uczę się tego razem z nim- równie niepojętym i skomplikowanym jak ja.
 

 
Moim życiem zawładnął chaos.
Choć przedwczoraj wraz z wypisem mamy skończyły się moje 1,5-miesięczne codzienne wizyty w szpitalu, do którego z czasem przyszło mi się przyzwyczaić,
a ja w międzyczasie zakończyłam kolejny, pełen rok życia,
zdałam wszystkie egzaminy, obroniłam się i zdobyłam wyższe wykształcenie...
moje życie tak jakby zwolniło od tamtej pory, to brak mi równowagi w tym wszystkim.
Chaotycznie błądzę pomiędzy teraźniejszością, w którą mimowolnie przyszło mi być splątaną.
Szukając rozwiązania w tym wszystkim i szukając samej siebie, spakowałam torbę i po prostu wyszłam z domu. Nie wiem kiedy wrócę.

Idąc ulicą mijam człowieka. Zamyka samochód, niemal tuż przede mną wchodzi do bramy i zamyka ją za sobą.
Tak, jak ja zamykałam się przed nim przez parę lat swojego życia. Pozornie.
Bo tak naprawdę nie wiem czy otworzę się kiedykolwiek przed kimś na tyle jak przed nim, czując, że na całej ziemi nie ma mi bliższego człowieka, a reszta świata mogłaby przestać istnieć.
Chyba mówiłam to za rzadko. Mój trudny charakter nie był w stanie okazywać tyle uczuć, które kłębiły się we mnie.
Dlaczego nauczyłam się tego dopiero teraz?
Teraz, gdy obiecałam sobie i wytrwale się tego trzymam, że już nigdy nie stanę na jego drodze, bo beze mnie- kiedyś głupiej i kompletnie niedojrzałej- jest szczęśliwszy, a jego świat jest o tyle prostszy...
Gdybym i ja była prostsza w obsłudze, albo gdyby dołączano do mnie jakieś jasne instrukcje współobcowania, to myślę, że wiedziałby.
Że tak naprawdę nienawidzę milczeć, ale czasami zamykam się w sobie samoistnie.
Że czasami mówiłam bez ładu i składu rzeczy, które nie miały dla mnie znaczenia.
Że choć wściekałam się zimą, gdy zależało mu bym włożyła czapkę, to byłam szczęśliwa, że ktoś o mnie dba i w końcu, tylko przy nim mogłam się poczuć jak szczęśliwe, beztroskie dziecko.
Myślę, że może wiedział. Bo on jeden był w stanie mnie otworzyć.
Musiał mnie bardzo kochać, wytrzymując ze mną tyle trudnych dni.
Tyle, że głupią i niedojrzałą jak na tamten wiek miłością.
 

 
Szpitale mnie przerażają.
O ile reaguję już niewymuszoną obojętnością na wszystko związane z osobą, która kiedyś była mi bardzo bliska, tak mój stosunek do szpitalnych korytarzy instytutu onkologicznego pozostaje niezmienny i po każdym wyjściu stamtąd, mimo upływu czasu, czuję się wcale nie mniej rozbita wewnętrznie niż poprzednio.
Po pobudce o 4.30, popołudniu zasypiam na siedząco w poczekalni, czekając na mamę, przy której w podłączonej kroplówce przepływa ostatnia w tym miesiącu płynna dawka chemioterapii.
Nie przerażają mnie już widoki ludzi, zmagających się z chorobą. Ludzi ukrywających brak chustką na głowie, wyczerpanych, z pokłutymi dłońmi.
To, co kiedyś budziłoby strach, dziś jest widokiem absolutnie naturalnym.
Nie wiem więc skąd to rozbicie po każdej spędzonej na oddziale minucie, po której staję się marionetką chaosu, pustki i niepewności w kumulacji, niczym losowanie lotto, na które czeka ogrom ludzi w nadziei, że padną miliony. Tyle, że tutaj do zaoferowania jest tylko coś, co rozstroi Cię. Struna po strunie.
Tam chyba uświadamiam sobie jak kruche jest życie.
Dlatego spacerując w drodze do mieszkania staram się myśleć tylko o tych dobrych stronach.
O tym jak satysfakcjonująco rozpoczął się kolejny rok w kalendarzu i tym jak wspaniale było odzyskać dawną siebie, dzięki człowiekowi, który pomógł mi odnaleźć ten brakujący element osobowości, zagubiony w drodze ku dorosłości, odbijającej się echem i głośną czkawką.
Wtedy wiem, że nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.
Niech to co jest trwa, nie żądam od życia już żadnej nadwyżki.
 

 
Wyjść wieczorem jak za czasów naiwnej przyjaźni, która myślała, że jest jedyna, a została uzupełniona o porywy serca.
Usiąść w zadymionym codziennością pubie i zaśpiewać wspólnie stary utwór Budki Suflera.
Zasnąć na jego ramieniu w autobusie.
A później przepaść raz jeszcze pod jego brodą.
Obudzić się, czując jak odsuwa mi kosmyki włosów, żeby pocałować w szyję na dzień dobry.
Poczuć się wyjątkowo, kiedy tak samo zamknięty w sobie jak i ty, w środku nocy przy rozpalonym grillu splata swoje palce z twoimi i mówi: "dobrze, że jesteś".
Być świadomie szczęśliwym jak jeszcze nigdy w życiu... jakby to wszystko zwane smutną przeszłością nigdy się nie wydarzyło, a liczyło się tylko to, co tu i teraz.

Mówić o tym głośno wszem i wobec?
Proszę, bądźmy poważni.